niedziela, 26 kwietnia 2015

O rekrutacji w IT w Indiach

Miniony tydzień spędziłem w oddziale mojej firmy Indiach, w mieście Gurgaon niedaleko Delhi, gdzie miałem okazję zobaczyć, jak rekrutuje się w sektorze IT w tym drugim najludniejszym kraju świata. Rzeczy, których tam się dowiedziałem, są ciekawe zarówno dla rekruterów jak i programistów. Było tam trochę potwierdzonych faktów, ale i parę mitów na temat tego, jak postrzega się Indie jako miejsce uprawiania IT i rekrutowania w tym sektorze.

Po pierwsze: w Indiach nie ma aż tak wielu developerów, jak mogłoby się wydawać. Populacja Indii - dziś 1.25 miliarda i szybko rosnąca; do 2025 roku Indie mają prześcignąć Chiny pod tym względem - sugerowałaby dziesiątki milionów dostępnych programistów, tymczasem trzeba wziąć pod uwagę, że to nadal kraj rozwijający się, głównie rolniczy i z wysokim (ok. 25%) poziomem analfabetyzmu. W Indiach pracuje ok. 2.75 mln programistów, o 850 tys. mniej niż w USA, które mają wszak czterokrotnie mniejsza populację. Będzie jednak lepiej (dla Indii): ich populacja jest młoda i nadal szybko rosnąca, co ma dać im pierwszeństwo w światowym rankingu programistycznych zasobów do 2017 roku.

Ale te 3 mln programistów rozproszonych jest po całym olbrzymim kraju, z dominującymi skupiskami w Bangalore, Mumbai, Delhi, Hyderabad, Chennai... Hindusi nie są mobilni. Powoduje to zróżnicowanie kraju (zwłaszcza kulturowe, językowe, klimatyczne), jego rozmiar i sama kultura, tradycyjna, z silnym przywiązaniem do regionu i rodziny. W efekcie, chcąc rekrutować np. w Mumbai, tam budując swój hinduski zespół developerski, trzeba założyć, że będzie trzeba ograniczyć się do tego miasta i okolic (ok. 12 mln ludzi), zapominając raczej o pozostałych regionach.

Kolejna hinduska specyfika: nadreprezentacja (jak na branżę IT) kobiet. Stanowią ok. 30% programistów, o wiele więcej niż w naszej części świata (ok. 10%). To ciekawe, gdyż biorąc pod uwagę stopień rozwoju kraju, jego kulturę i ogólną sytuację kobiet tam, można byłoby się spodziewać mniejszego odsetka. Wśród wyjaśnień przyczyn tego fenomenu spotkałem się z tą, że branża nowych technologii jest szczególnie atrakcyjna dla kobiet w Indiach jako ta, gdzie liczą się tylko kompetencje intelektualne (a nie np. siła fizyczna, wciąż przydatna w wielu istotnych w Indiach sektorach); jako ta, gdzie pracuje się przede wszystkim w biurze (co ma znaczenie przy tamtejszym gorącym klimacie); wreszcie jako branża w tym kraju względnie nowa, gdzie nie miała szansy zakorzenić się oparta w dużej mierze o komputerowe gadżety męska "kultura komputerowa". Jakakolwiek nie działaby tu przyczyna, pod względem odsetka kobiet w IT Indie naszą część świata przewyższają i jest to - moim zdaniem - pozytywne.

Niezbyt pozytywny - zwłaszcza dla hinduskich rekruterów - jest za to fakt (stwierdzony przez kilka osób, z którymi rozmawiałem) powszechnego i niekiedy skrajnego naciągania faktów w CV przez kandydatów w Indiach. W Europie zakładamy, że wszystko, co zostało napisane w CV to w dużej mierze prawda; że odstępstwa zdarzają się jedynie od czasu do czasu. W Indiach jest inaczej. Nie wiem, czy odwrotnie (czyli że większość w CV to kłamstwo, a nieliczne fragmenty to prawda), pewnie aż tak nie. W każdym razie, spora część wysiłku rekrutacyjnego idzie w weryfikację prawdziwości tego, co w CV napisał kandydat, np. czy adekwatnie ocenił swoje techniczne kompetencje.

No i różnice kulturowe czy mentalnościowe. Gdy spytałem jednego z szefów tamtejszych zespołów developerskich (Duńczyk, pracuje w Indiach od pięciu lat) o rekrutacyjne wyzwania, z jakimi się zmaga, bardzo ciekawie opowiadał mi przez blisko 10 minut, przy czym ani razu nie wspomniał o kompetencjach technicznych lokalnych programistów, a własnie o różnicach kulturowych. O tym, że człowiek wychowany w kulturze skrajnie hierarchicznej (indyjska), ceniącej podporządkowanie i posłuszeństwo, często nie może odnaleźć się w środowisku - jak skandynawskie - egalitarnym, gdzie ceni się branie odpowiedzialności i inicjatywę. 

Hierarchiczność społeczeństwa hinduskiego sprawia kłopot zarządzającym zespołami developerskimi jeszcze w tym, że hinduscy programiści rzadko zadowalają się samym programowaniem. By awansować społecznie i finansowo, muszą piąć się w hierarchii, po 3-4 latach od rozpoczęcia kariery chcą być team leaderami, po 6-7 project managerami itd. Rozbudowane struktury hinduskich firm oferują wiele kolejnych szczebli, po których można piąć się w karierze.

I weź tu człowieku rekrutuj. Znajdź spośród 300 kandydatów - tylu mniej więcej aplikuje na programistyczne stanowisko publikowane w portalu pracy przez moje koleżanki z hinduskiej rekrutacji - człowieka dobrego technicznie, z CV opisującym stan faktyczny, z fajną osobowością i dopasowaniem kulturowym (są tacy). Tak jak przed hinduskimi kierowcami, którzy przy panującym na ulicach Indii permanentnym łamaniu zasad, dają na ogół radę, tak i przed hinduskimi rekruterami - chylę czoła.


_______

dawniejszy wpis na podobny temat: "O wyzwaniach rekrutacji bardzo międzykulturowej".


czwartek, 9 kwietnia 2015

Programować do ostatnich dni czy iść w zarządzanie

Czytałem niedawno ciekawą dyskusję na forum Quora na temat karier programistów - konkretnie, na ile kariera programisty może być karierą na całe życie, a na ile wcześniej czy później zachodzi konieczność porzucenia pracy z kodem i zajęcia się innymi rzeczami, zwłaszcza zarządzaniem.

Na pewno nie padną w tym wpisie odpowiedzi definitywne, bo temat jest obszerny, a odpowiedź na główne pytanie (programować tak długo jak się da czy iść w zarządzanie) złożona i niejednoznaczna. Podzielę się jedynie paroma obserwacjami z perspektywy rekruterskiej, co jednak i tak może być jakąś wartością dla osób, dla których temat jest interesujący.

Pierwsza obserwacja jest następująca: zdecydowana większość programistów, z jakimi w swej karierze rozmawiałem, chciałaby programować możliwie długo, a jeśli rozważają zmiany, to nadal w obrębie tzw. ścieżki technicznej, awansując np. na stanowisko architekta. Wielu, nawet jeśli chciałoby być bliżej biznesu (zajmując się np. analizą biznesową) albo zarządzania (wskakując na stanowisko managerskie lub team leaderskie), nie chciałoby tracić kontaktu z kodem, najlepiej w jakiejś części swoich zadań czynnie programując.

Podejście takie uważam za w dużej mierze uzasadnione i rozsądne. Sądzę, że większość ludzi dość dobrze orientuje się w swoich predyspozycjach, fascynacjach, słabych i mocnych stronach. Większość programistów, wybierając taki zawód (a nawet wcześniej: wybierając taki profil studiów) wybrała świadomie, swej decyzji nie żałuje i chce być w niej konsekwentna. Wielu z zadowoleniem przyznaje, że lubi to co na codzień robi i chciałoby robić to dalej. Uzasadnione to tym bardziej, że programistom bardzo sprzyja sytuacja na rynku pracy. O ile nie mieli pecha, trafiając (rzadziej wybierając) w środowisko z nierynkowymi technologiami i zostając w nim na dłużej, na ogół nie muszą martwić się o pracę i poziom zarobków w niej. Nie sądzę, by szybko nastały czasy, w których ogłoszenie o pracę na stanowisko programisty zachęci kilkunastokrotnie więcej aplikantów niż ogłoszenie na stanowisko project managera. Dziś sytuacja jest odwrotna i to sporo mówi o popytowo-podażowej sytuacji obu zawodów.

Dlaczego jednak niektórzy myślą o czymś więcej, dlaczego niektórym samo programowanie z czasem przestaje wystarczać? Dla części czynnikiem mogą być finanse. Choć programiści zarabiają dobrze, kadra managerska (w tym project managerowie) nadal zarabia lepiej i tak chyba pozostanie. Zarobkowy szklany sufit ciąży zwłaszcza tym programistom, którzy związali się etatem i na długo z jednym pracodawcą. Jeszcze gorzej, jeśli zrobili to zaraz po (albo nawet na) studiach. W tych sytuacjach często jedyną szansą na znaczny awans finansowy (przy chęci pozostania w tej samej firmie) jest awans na stanowisko managerskie.

Nieczęsto wymienianym a, tak sądzę, istotnym motywem chęci pójścia "w management" jest brak poczucia wpływu na wiele aspektów swej pracy, z jakim mogą zmagać się programiści. Poczucie wpływu na to, co i jak robimy jest generalnie jedną z ważniejszych rzeczy decydujących o satysfakcji z pracy na jakimkolwiek stanowisku. Od szeregowego programisty - przy całej frajdzie, jaką może mieć z pracy; przy namacalnych, widocznych jej rezultatach; przy wysokim poczuciu własnej merytoryki - często niewiele zależy. Decyzje związane np. z zasobowaniem, finansowaniem, sposobem prowadzenia porojektu, czy w ogóle decyzje o rozpoczęciu bądź porzuceniu projektu - tu w grę wchodzi odstraszająca na ogół osoby techniczne "polityka". Często chyba niesłusznie demonizowana, ale to temat na inny, i to obszerny, wpis. 

Garść powyższych uwag pewnie nie rozstrzygnie dylematów tych, którzy być może rozważają przejście na ciemną (nietechniczną, managerską) stronę mocy. Dla tych, co chcą, dobrym pomysłem na bezpieczne "sprawdzenie się" w częściowo managerskiej roli i płynne przejście na ową stronę może być stanowisko łączące oba (techniczny i nietechniczny) aspekty. A ci, którzy za nic w świecie nie chcą? Sądzę, że mogą długie lata i z satysfakcją programować, przy czym tym dłużej i z tym większą satysfakcją (i wyższymi zarobkami) im dłużej będą na bieżąco ze współczesnymi, rynkowymi techńologiami.

Wszystkim natomiast, tradycyjnie, doradzić mogę systematyczne i pilne szlifowanie języka angielskiego.


_______

piątek, 20 marca 2015

Ninja/Rockstar Senior Informatyk, czyli co mówią (?) nazwy stanowisk w IT

Nazewnictwo stanowisk w branży IT to ciekawy dla mnie temat. Nazwy stanowisk z reguły nie odgrywały większej roli w rekrutacjach, ale odkrywają one pewne mechanizmy rządzące się branżą, a i w ogóle światem biznesu.

Do dziś nie odkryłem na przykład, jaki klucz stosują firmy w nazywaniu stanowisk programistycznych. Kiedy, dajmy na to, nazywają swoich programistów developerami, kiedy software engineerami, a kiedy właśnie programistami (programmers). Spotkałem się kiedyś z opinią, że Developer i Software Engineer (Inżynier Oprogramowania) są bardziej zaawansowanymi rolami w stosunku do Programisty, gdyż obejmują też projektowanie rozwiązań, podczas gdy Programista - według tej opinii - zawęża swoje działania tylko do kodowania. Nie sądzę jednak, by większość programistów zgodziła się z tym. Wiele zależy po prostu od konwencji przyjętej w konkretnej firmie i Programista równie dobrze może mieć szerszy zakres obowiązków od Software Engineera.

Konwencja danej firmy decyduje też o tym, czy stanowisko ma swej nazwie Junior czy Senior. Są firmy, gdzie Programista z dwuletnim doświadczeniem zawodowym będzie seniorem, a są i takie (choć pewnie niewiele już ich), gdzie developerzy z pięcioletnim doświadczeniem tytułowani są nadal Juniorami. Nie zauważyłem, by programiści przywiązywali szczególnie dużą wagę do nazw stanowisk, by byli wybredni pod tym względem. I chyba słusznie. Warto jednak mieć na uwadze (w kontekście swego CV), idąc do nowej firmy, by nie dać obsadzić się na stanowisku nazwanym nieadekwatnie do wykonywanych obowiązków. Albo brzmiącym egzotycznie. Albo niezyt - z komercyjno-korporacyjnego punktu widzenia - atrakcyjnie.

Przykładem tego ostatniego mógłby być Informatyk, którym niegdyś zbiorczo określano wszystkie zawody mające cokolwiek wspólnego z komputerami, podczas gdy dziś utożsamiany jest z pracą administracyjno-helpdeskową w polskich, raczej niedużych firmach czy instytucjach publicznych. Nazwa Informatyk jest jeszcze o tyle przydatna, że umożliwia w Polsce międzypokoleniową komunikację, tj. wytłumaczenie przez dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków ze świata IT ich rodzicom i dziadkom, czym zasadniczo się zajmują. Nie sądzę bowiem, by dzisiejszemu pokoleniu 50+ w Polsce cokolwiek mówiły nazwy takie jak Developer, Designer, Administrator, Analyst... Nazwa Informatyk zaś coś już mówi, mianowicie to, że syn/wnuk zajmuje się komputerami, co jest przcież jak najbardziej zgodne z prawdą.

Ciekawe natomiast, czy mówią cokolwiek komukolwiek spoza branży IT nazwy takie jak Ninja czy Rockstar. Zwłaszcza to pierwsze pojawia się czasem może jeszcze nie jako formalna nazwa stanowiska, a bardziej jako dodatek, epitet mający wskazać na rzekomo wysokie kompetencje programisty tak charakteryzowanego. Zauważyłem, że ogół developerów raczej z dystansem postrzega tę modę. Słowo rockstar wywołuje wręcz lekką irytację, jak w tej wypowiedzi użytkownika forum Quora: Życie zawodowego programisty to siedzenie przy biurku, myślenie, kodowanie, słuchanie muzyki, przeklinanie, picie kawy i unikanie ludzi zadających głupie pytania, by mieć czas na koncentrację. Udawanie, że ma to cokolwiek wspólnego z lataniem prywatnymi samolotami, narkotykami, seksem z gruppies i występami przed tłumami to obraza dla naszej inteligencji.


______

poniedziałek, 2 marca 2015

Czy kobiety w świecie programistycznym muszą bardziej się starać?

Absolutnie nie piszę tego z okazji zbliżającego się 8. marca i Dnia Kobiet - stwierdzam fakt. Spośród ok. 30 kandydatów programistów .NET, jakich spotkałem w ciągu ostatnich ok. dwóch miesięcy, kobiet miałem dwie i gdybym miał wybrać top 5 (z całej 30-stki), obie spokojnie weszłyby do piątki. Jedną udało nam się zatrudnić, w przypadku drugiej ubiegła nas inna firma.

Były lepsze od większości męskich kontrkandydatów zarówno w kryteriach interpersonalnych (np. lepsza komunikacja), jak i technicznych (np. większa wiedza z inżynierii oprogramowania, wyższe umiejętności algorytmiczne). Świetnie mówiły po angielsku, w czym też górowały nad panami.

Nie trzeba być statystykiem, by mój przykład zdyskwalifikować jako bazujący na zdecydowanie zbyt małej próbie (zwłaszcza kobiet). Mogło być też tak, że wspomniane dwie panie - jako jedyne reprezentujące swoją płeć w całej 30-stce kandydatów - po prostu dobrze zapamiętałem. Wyróżniły się z racji płci, więc trochę podświadomie wyróżniam je w czysto zawodowych kryteriach? Nie sądzę, że aż tak. Jeszcze raz powtórzę: na 30 kandydatów obie byłyby w piątce.

Skłoniło mnie to do postawienia - fakt: ryzykownej - hipotezy, czy nie jest tak, że kobiety z racji swej skrajnej mniejszości (by nie powiedzieć: obcości) w środowisku programistycznym, by w nim zaistnieć i by być traktowanymi na równi z mężczyznami, muszą starać się bardziej? Sektor IT, a zwłaszcza stanowiska programistyczne, zdominowany jest przez facetów tak bardzo, że kobiety są dużo bardziej dostrzegalne, a więc i częściej poddawane - nierzadko stereotypowym - ocenom.

Wyobrażam sobie, że jeśli w jakimś zespole programistycznym - zazwyczaj wyłącznie męskim i to zwykle przez długi czas - pojawia się kobieta-programistka, jest to dla osób w nim pracujących duże wydarzenie. Wielu programistów, stykających się w swej branży już od czasów studiów prawie wyłącznie z mężczyznami, może nabrać (niekoniecznie uświadomionego) przekonania, że jeśli kobiet w programowaniu jest tak mało, to widocznie stoją za tym jakieś naturalne przyczyny. Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że być może po prostu kobiety mniej się do tego nadają. (A że tak nie jest, przekonują liczne badania). 

To mogłoby powodować, że te kobiety, które już programistkami zostają - świadome swej odmienności w świecie zdominowanym przez mężczyzn - robią dużo, by udowodnić, że są tak samo dobre. Nie wiem, czy tak jest. Snuję hipotezy. Przypadek moich dwóch świetnych kandydatek daje mi do myślenia. Jeśli zupełnie w moich przypuszczeniach chybiłem, przyznam się do błędu i rozważę powrót na jakieś studia.


_______
fot.: www.devbattles.com

czwartek, 19 lutego 2015

Wykształcenie IT a praca testera oprogramowania

Otrzymałem jakiś czasu temu od swojej koleżanki z 7N - pracującej w obszarze testów oprogramowania - pytanie o rolę wykształcenia IT w zawodzie testera. Jak to postrzegają rekruterzy, jak to wpływa na szanse na rynku pracy, na zarobki itd.

Pisząc na taki temat, trudno nie spojrzeć na sprawę w szerszym kontekście - roli wykształcenia IT w karierze w branży IT generalnie. Poruszyłem ten temat na tych łamach dobrych parę lat temu. Czytam ten swój stary wpis i - o dziwo :) - zgodziłbym się z samym sobą z 2009 roku. Wykształcenie IT, zwłaszcza jeśli zdobyte na dobrej uczelni, znacznie ułatwia start w karierze informatycznej, gdyż daje dobre teoretyczne, ale też praktyczne (!), podstawy tego, czym przyszły absolwent będzie zajmować się w pracy.

Spotykam wprawdzie mnóstwo kandydatów - nawet z tych dobrych uczelni -  którzy twierdzą, że większość zajęć na ich studiach była nieprzydatna, że wykładowcy są często oderwani od świata biznesu, że uczy się tam technologii i podejść przedpotopowych, że w pracy można nauczyć się dużo więcej, szybciej i przydatniejszych rzeczy... Wszystko to  pewnie w dużym stopniu prawda, ale niech któryś programista powie, że programowanie obiektowe, algorytmika, bazy danych - czytam właśnie plan zajęć na 1. i 2. roku na Politechnice Warszawskiej - to są zagadnienia nieprzydatne w jego zawodzie. Widzę nawet, że na 2. roku są zajęcia z Javy. Zgoda, mogą być różnie poprowadzone, ale wierzcie mi, na niewielu studiach już na 2. roku uczą  was - przynajmniej w zamierzeniu - tego, za co z miejsca chcą dziś płacić pracodawcy.

Z testerami jest trochę inaczej. Daje się zauważyć, że wśród nich sporo większy - niż wśród programistów - odsetek osób nie ma wykształcenia informatycznego (a często nawet technicznego), a mimo to - niektórzy - są cennym wsparciem na projektach i dobrze radzą sobie zawodowo. Wspomniana koleżanka, podobnie zresztą jak ja, ukończyła socjologię. Pewien azjatycki koncern elektroniczny, mający w Warszawie spory dział rozwoju oprogramowania, swego czasu, w okresie dynamicznego wzrostu, przyjmował na stanowiska testerskie osoby bez jakiegokolwiek doświadczenia, studia również nie były wymagane. Sporo testerów mających staż w tej firmie to dziś wartościowi kandydaci w obszarze software quality assurance. Prawdopodobnie więc testerom bez wykształcenia technicznego rzeczywiście łatwiej jest - w porównaniu z innymi zawodami IT - rozpocząć i zrobić karierę w tym sektorze.

Ale czy posiadanie takiego wykształcenia - zwłaszcza studiów stricte informatycznych - nie niesie jakichś korzyści dla tych, którzy je mają? Przede wszystkim, należy pamiętać, że tester w swej pracy często komunikować się będzie z programistami oraz analitykami. Studia więc mogą przydać mu się w rozumieniu terminologii informatycznej i projektowej. Spodziewałbym się, że lepszym partnerem do rozmowy dla programisty będzie ktoś, kto zna przynajmniej podstawowe pojęcia z obszaru inżynierii oprogramowania czy prowadzenia projektów informatycznych. Inna rzecz to ta, że bardzo pożądanym na rynku "gatunkiem" testera jest ten potrafiący programować, np. w którymś z języków obiektowych lub umiejący pisać zapytania do baz danych.

Oczywiście, pojętna i chętna do nauki osoba - nawet bez studiów technicznych - ma szansę szybko wdrożyć się i być dobrym testerskim wsparciem na projekcie. Gdybym jednak - jako szef projektu - miał wybrać spośród dwóch niemal identycznych CV, gdzie właściciel jednego jest absolwentem psychologii, a drugiego informatyki, to pomimo swej wielkiej sympatii dla nauk społecznych postawiłbym jednak najpierw na tego drugiego.


_______

czwartek, 5 lutego 2015

Krytyczna analiza CV - na przykładzie kandydatki na prezydenta

W tym roku przeprowadzona zostanie w naszym kraju "rekrutacja" na najważniejsze stanowisko w państwie. Wybrany zostanie Prezydent RP. O podobieństwach wyborów prezydenckich do klasycznego procesu rekrtuacji stosowanego w firmach i instytucjach pisałem pięć lat temu, przy okazji poprzednich wyborów. Dziś chciałbym rozważyć zawsze interesującą dla rekrutera kwestię, na ile CV kandydatów na prezydenta faktycznie odzwierciedla ich doświadczenie i kompetencje potrzebne na tym jednak istotnym dla kraju stanowisku.

Duże zainteresowanie mediów - także zagranicznych - wzbudza kandydatura Magdaleny Ogórek. Pomimo bezsprzecznych osiągnięć naukowych, zawodowych i dziennikarskich kandydatki, dostrzegalne jest skupienie się na jej urodzie. Być może z tego powodu zarówno ona sama, jak i wspierająca kandydaturę partia podkreślają również doświadczenie polityczne pani Magdaleny oraz jej staż w instytucjach państwowych - czyli coś, co w wykonywaniu obowiązków prezydenta powinno mieć znaczenie kluczowe.

Faktycznie, na pierwszy rzut oka CV pani Magdaleny wygląda tu co najmniej przyzwoicie (cytuję za stroną internetową kandydatki): W latach 2012 - 2014 konsultant w Narodowym Banku Polskim. Od 2008 do 2010 ekspert w Klubie Parlamentarnym SLD. W latach 2002 – 2005 pracownik administracji państwowej w tym: Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Specjalista w Departamencie Unii Europejskiej i Współpracy Międzynarodowej MSWiA i Departamencie Prasowym MSWiA, Rzecznik prasowy Europejskiej Konferencji Ministrów Spraw Wewnętrznych w zakresie poprawy bezpieczeństwa w Europie, w Centrum Informacji Rządowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, w Kancelarii Prezydenta i Biurze Integracji Europejskiej.

Gęsto od poważnych tytułów i instytucji.

W rekrutacji funkcjonuje czasem praktyka zwana background checkiem (chyba nie ma jeszcze polskiego odpowiednika tego terminu), polegająca najczęściej na sprawdzeniu przez potencjalnego pracodawcę (lub firmę zewnętrzną) zgodności informacji z CV kandydata ze stanem faktycznym. Czegoś podobnego w przypadku kandydatury Magdaleny Ogórek podjęli się dziennikarze tygodnika "Polityka", kontaktując się z instytucjami, w których swe rzekomo cenne doświadczenie miała zdobywać kandydatka. Chcieli dowiedzieć się, jak długo pracowała tam potencjalna prezydent i co tam robiła. Każdy rekruter wie, że nazwa stanowiska to jedno, a zakres obowiązków to drugie...

Małe śledztwo przyniosło pewne rezultaty. I tak, za dobrze wyglądającym na papierze stanowiskiem konsultanta w NBP stało m.in. wyszukiwanie informacji potrzebnych do realizacji filmów o tematyce okołobankowej ("wyszukiwanie ciekawostek historycznych", jak poinformowało NBP). Fantastycznie brzmiące w CV Kancelaria Prezydenta i Kancelaria Prezesa Rady Ministrów okazały się miejscami, gdzie Magdalena Ogórek odbyła bezpłatne staże studenckie. Jeśli chodzi o Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, tu rzeczywiście potwierdzono fakt pracy przez 2 lata, ale Ministerstwo nie chciało ujawnić, na jakim stanowisku pracowała kadydataka ani co tam robiła.

Generalnie, dziennikarski background check, choć podstawowe fakty z CV potwierdził, o jakości doświadczenia tej kandydatki na urząd Prezydenta RP nie przekonał.

Kandydaturę Magdaleny Ogórek można uznać za pochodzącą z rekomendacji: rekomenduje ją obywatelom jedna z partii politycznych. Oto, jak partia broniła doświadczenia swojej kandydatki: "Dr Magdalena Ogórek, jak wielu młodych ludzi, zdobywała swoje pierwsze doświadczenie zawodowe w oparciu o różne formy zatrudnienia, w tym praktyki i staże. Niejednokrotnie, w obecnej sytuacji w Polsce, dla wielu młodych osób to jedyna szansa na wejście na rynek pracy i rozpoczęcie kariery zawodowej". To bezsprzeczny fakt.

Dwie rekruterskie nauki płyną z tego prezydenckiego epizodu:

1) Niezależnie od autorytetu polecających, zawsze rzetelnie weryfikuj doświadczenie kandydata, gdyż,
2) Papier wszystko przyjmie.


_______

niedziela, 18 stycznia 2015

Czy rynek pracy przestanie kiedyś sprzyjać programistom?

Napisała do mnie czytelniczka z pytaniem, które pewnie nie raz zadawane było przez osoby dłużej obserwujące rynek pracy w IT. Pytanie brzmiało: czy, a jeśli tak, to kiedy skończy się tak duży popyt na ludzi sektora IT, zwłaszcza programistów? Czy rynek pracy zmieni się tu kiedyś wreszcie na tyle, by jeśli nawet nie stać się rynkiem pracodawcy, to przynajmniej zrównoważyć skutki obecnego stanu, gdzie dominującą pozycję mają pracownicy? 

Cytuję:

"Obserwując od dłuższego czasu z 1-wszego rzędu 'dynamikę' rynku IT/Dev, a mówiąc dosadniej - ostrą jazdę bez trzymanki, łapanki rekruterów na Devs'ów i QA'ów, licytację na zasadzie 'kto da więcej', 'u którego pracodawcy jest większy fun, atrakcje, masaż pleców, etc.', coraz częściej zaczęłam zadawać sobie proste pytanie - kiedy to się skończy?

Każdy trend ma to do siebie, że kiedyś się kończy... również na rynku pracy. Rynek pracownika zmienia się na rynek pracodawcy i odwrotnie, zapotrzebowanie na pracowników danej specjalności kończy się w miarę nasycenia rynku (pamiętamy początek lat 90-tych i boom na absolwentów zarządzania i marketnigu, na których czekała dynamiczna ścieżka kariery w korpo, po kilku latach kolejki w UP). Stąd też moje ostatnie rozważania w kontekście rynku IT. Zaczęłam zadawać sobie pytanie kiedy ten 'trend' się skończy, czy możliwy jest scenariusz nasycenia rynku (raczej nie czy a kiedy), bądź dajmy na to zwiększonej automatyzacji, który zakończy szaleństwo pracowników techniczych jak również pracodawców i rekruterów.

Ciekawa jestem Pana opinii na ten temat :)"

Trudne zadanie, ale spróbuję poprorokować, pobawić się w futurologa, przy czym muszę przyznać, że - pomimo 10 lat w rekrutacji w IT i jako takiej znajomości branży - w przepowiadaniu (jakiejkolwiek) przyszłości trudno mi uznać się za eksperta. Wypowiem się więc ostrożnie, podpierając się danymi i opiniami innych, cały czas z zaznaczeniem, że mogę się (lub ci, na których będę się powoływał) mylić.

Wydawać by się mogło, że przewidywania czy też oczekiwania czytelniczki dotyczące końca uprzywilejowanej sytuacji specjalistów IT są uzasadnione i mogą się spełnić:

a) Faktycznie każdy trend ma kiedyś swój koniec, rzeczywiście było na początku lat 90-tych tak, że absolwenci modnych wówczas kierunków robili zawrotne kariery, podczas gdy dziś ich młodsi o 20 lat koledzy, kończąć te same kierunki, zmagają się z bezrobociem. Dlaczego nie miałoby być tak z IT?

b) Rozwój technologii i jej ekspansja do różnych dziedzin życia tworzy popyt na kompetencje ludzi te technologie tworzących i rozwijających (specjalistów IT). Ale w samym IT też wiele procesów - dzięki rozwojowi technologii - jest automatyzowanych. Do wielu zadań (np. administratorskich czy programistycznych) potrzeba dziś mniej osób niż potrzeba było kiedyś.

c) Coraz więcej ludzi na świecie chce (i potrafi) programować. Programistom świata zachodniego (do którego ekonomicznie należymy) rośnie konkurencja w krajach atrakcyjniejszych kossztowo (zwłaszcza w Azji) - to tam w przyszłości mogą powędrować liczne stanowiska obsadzane dziś przez Europejczyków i Amerykanów.

d) Technologie starzeją się, a więc też starzeją się kompetencje osób je wykorzystujących. Powszechną kiedyś technologią w tworzeniu (front-endowej części) stron internetowych był Flash. Dziś (dosłownie: niedziela 18.01.2015) na najpopularniejszym polskim portalu pracy na ekspertów od Flasha czeka w całej Polsce tylko 15 ofert pracy, w tym połowa spoza IT (np. marketing on-line). 


To tyle z argumentów za tezą o możliwym wyhamowaniu zapotrzebowania na informatyków w przyszłości. Mocniejsze jednak argumenty, moim zdaniem, przemawiają za tym, że specjaliści IT, a zwłaszcza programiści, nie powinni się nadmiernie obawiać:

1) Przykład polskich marketingowców z początku lat 90-tych może być wyłącznie polską (lub regionalną) specyfiką, związaną bardziej z ówczesnym przełomem ustrojowym i ekonomicznym niż ilustrującą ogólną prawidłowość. W tamtym czasie ukończenie także wielu innych (niż ekonomia czy zarządzanie i marketing) kierunków również dawało dobry start w karierze. Absolwenci informatyki mieli "wzięcie" tak wtedy, jak i teraz.

2) (to chyba najważniejszy argument) Świat ciągle się informatyzuje i w dającej się przewidzieć przyszłości (10-20 lat) nadal będzie. W obszarze nowych technologii sensowne jest mówienie o częstych, dokonujących się na naszych oczach rewolucjach. Weźmy dwie pierwsze z brzegu: rozwój technologii mobilnych (i rosnącą liczbę smartfonów) oraz Big Data. Są obserwowanym na codzień faktem, za którym idzie wzrost zapotrzebowania na ekspertów IT poruszających się w tych obszarach. iOS Developer i Android Develoepr są na czele rankingu LinkedIna notującego wzrost liczby stanowisk, które jeszcze 5 lat temu nie były znane. (Na 10 pierwszych stanowisk 6 to stanowiska IT). To prawda, że w IT zadania też da się zautomatyzować. Ale nie zmniejszy to dużego zapotrzebowania np. na tych, którzy będą wiedzieć, jak nowymi technologiami (zautomatyzowanymi lub nie) wesprzeć biznes i zwykłych ludzi (nawet jeśli wsparcie to będzie oznaczało sprzedaż produktów czy usług zaspokajających sztucznie wytworzone potrzeby).

3) Wiele jest powodów, dla których tylko niewiele z zadań informatyków da się przenieść tam, gdzie jest taniej. Światowy boom na programowanie nie zaspokoi (a w każdym razie raczej nieprędko) potrzeby na programowanie wysokiej jakości, którego nie da się nauczyć w rok i nie da się nauczyć wszędzie i każdego. Relatywnie szybko może wzrosnąć liczba początkujących programistów, ale tych doświadczonych nie da się nagle pomnożyć. Tymczasem nawet tych pierwszych przybywa wolno, przynajmniej w Polsce, jak pokazują te dane GUS.

4) Technologie starzeją się, to prawda, ale na ich miejsce wchodzą cały czas nowe. Łatwiej będzie nauczyć się nowego języka programowania komuś, kto programował już wcześniej w jakimś innym (najlepiej jednak o wspólnym paradygmacie, np. obiektowym). Ale i wiele z tych pozornie szybko starzejących się technologii ma się dziś lepiej niż wielu skłonnych byłoby sądzić. Najpopularniejsze języki programowania nie zmieniły swojego statusu od ponad 10 lat (poza wyjątkiem olbrzymiego wzrostu popularności Objective-C).


Nawet poczciwy, liczący sobie ponad 5 dekad (!) COBOL ma się całkiem niieźle i posługujący się nim programiści nadal w większości dobrze sobie zawodowo radzą.


Zgadzam się z czytelniczką, że obecna sytuacja - nadmiernego popytu na programistów w stosunku do ich podaży - jest specyficzna, często mało komfortowa dla zatrudniających i rekrutujących, zwłaszcza jeśli skrajnie uprzywilejowana sytuacja pracowników wytwarza u niektórych tzw. syndrom primadonny. Trendy makro chyba im jednak sprzyjają. Tak to - powtórzę: dość ostrożnie i świadom swojej sporej tu ignorancji - widzę. Być może w niektórych zawodach IT czy w niektórych technologiach uda się zaobserwować okresową większą równowagę popytu na pracę i podaży pracy. Generalnie jednak, informatycy - a zwłaszcza programiści - raczej będą mieć "wzięcie". Co może tylko cieszyć, gdyż rekrutacja, gdzie aplikują do ciebie tłumy zmotywowanych, gotowych na wszystko kandydatów byłaby... o tym może innym razem.


_______
rys.: www.networtech.com