niedziela, 20 lipca 2014

Rekrutacje w środowisku typu hardkor (na przykładzie Indii)

Wesoła (w gruncie rzeczy) przygoda przydarzyła się moich kolegom rekruterom z Indii. Zrekrutowali programistę, a gdy ten przyszedł do pracy, okazało się, że to... nie ten. Przyszedł inny. Po kilku godzinach pracy (tego, który przyszedł) coś ewidentnie nie grało jego szefowi. Po lekkiej konsternacji i upewnieniu się u rekruterów, przełożony wprost spytał nowego pracownika, kim jest i co tu robi. A ten po prostu przyznał, że nie jest tą samą osobą, która była rekrutowana i zapytał, komu ma oddać komputer.

Indie to niełatwe miejsce do rekrutowania. Z jednej strony dynamiczny rozwój gospodarczy, prawdziwy boom usług konsultingowych i outsourcingowych, milionowe rzesze kandydatów we wszystkich sektorach. Z drugiej olbrzymia konkurencja, niestabilność wzajemnego związania pracodawców i pracowników, a także relatywnie niska lojalność jednych wobec drugich, do tego gigantyczne nierówności społeczne i wciąż duże obszary biedy popychające wielu do działań - delikatnie mówiąc - niestandardowych.

Zdarzenie takie jak powyżej nie jest podobno odosobnioną historią, jaką można usłyszeć od pracujących w Indiach rekruterów. Sprzyjają im często warunki, w jakich prowadzone są rekrutacje. Warunki te to - w skrócie - szybkość i duża skala. Wiele firm operujących na tamtejszym rynku (zwłaszcza dużych, wielotysięcznych korporacji) rekrutuje masowo, zapraszając np. 100 osób jednego dnia (często w sobotę), by przy dość pobieżnej (test + krótka rozmowa) weryfikacji zatrudnić (dosłownie: podjąć decyzję o zatrudnieniu i podpisać dokumenty) 50 osób tego samego dnia. (Spośród tych 50 wielu przyjdzie do pracy już w poniedziałek, o czym ze zdziwieniem dowie się ich były pracodawca).

Tak masowa i szybka rekrutacja stwarza szanse dla osób, które - nie mając wielkich szans, by wyrwać się z ubóstwa w społecznie akceptowalny sposób - z prób prześlizgiwania się przez rekrutacje w firmach uczyniły sposób budowania kariery zawodowej. Słyszałem o przypadkach, w których osoba, dostawszy się już do jakiejś korporacji (i nie umiejąc zupełnie nic), w pracowniczej masie nieogarnianej ani przez managerów liniowych ani przez HR, była przenoszona z miejsca na miejsce, utrzymując się w firmie nawet przez 2-3 lata.

Kolejny problem hinduskich rekruterów to fałszywe informacje w CV, także te najbardziej istotne, dotyczące poprzednich pracodawców czy ukończonych studiów. Managerowie z pewnej firmy IT zauważyli kiedyś, że aż 30 kandydatów aplikujących do ich działu miało w historii zatrudnienia wpisaną tę samą firmę. Korzystając z usług firmy zajmującej się background screeningiem (to kolejna z dynamicznie rozwijających się w Indiach branż), odkryli, że firma pojawiająca się w CV tych 30 kandydatów to 1-osobowy punkt naprawy telefonów, którego właściciel ("HR Manager") telefonicznie udzielał referencji swoim "byłym pracownikom", oczywiście za pieniądze. Pewna firma background screeningowa stworzyła listę działających w Indiach 1500 firm mających podobny "model biznesowy".

Nie straszę rekrutowaniem czy wręcz robieniem biznesu w Indiach. Ten kraj i w ogóle ten rejon świata ma tu mnóstwo do zaoferowania. To może skala powoduje, że szanse tam są równie wielkie jak wyzwania czy zagrożenia. Trzeba przyznać: rekruterom w Indiach trudnych i nieznanych mi wyzwań nie brakuje, za co mają mój szacunek. 

_______
fot.: recruiter.com

piątek, 11 lipca 2014

Co notuje na Twój temat rekruter

Spotkanie rekrutacyjne obserwowane z zewnątrz wygląda mniej więcej tak, że siedzą naprzeciwko siebie dwie osoby, jedna odpowiada, a druga zadaje pytania i coś sobie notuje. Pewnie niejednego spośród tych, którzy odpowiadają (kandydaci), ciekawiło nieraz, co też tam pisze na ich temat rekruter. Chcielibyście i Wy wiedzieć? Proszę bardzo. Wpadłem na pomysł, by uchylić nieco rąbka swojego rekrutacyjnego warsztatu i podzielić się wybranymi notatkami, które jakiś już czas temu zrobiłem podczas spotkań z kilkunastoma kandydatami.

Umiejętność robienia notatek na spotkaniach rekrutacyjnych to, wbrew pozorom, dość istotna kompetencja rekruterska. Jeśli ze swoich obfitych w wykłady i notowanie studiach wyniosłem jakąś praktyczną, przydatną do dziś umiejętność, to byłoby to właśnie robienie notatek. Umieć - w toku intensywnej, wymagającej maksymalnego skupienia rozmowy - szybko sformułować i zapisać precyzyjną, adekwatną, dającą się krótko ująć, jasną i przydatną nawet po wielu dniach od spotkania z kandydatem myśl to sztuka.

Swoje notatki robię na wydrukowanym wcześniej CV kandydata. To wygodne, gdyż pozwala wykorzystać w notatkach fragmenty CV. Tak naprawdę już przed spotkaniem na CV są jakieś notatki, gdyż przygotowując się do spotkania i czytając CV, coś tam (zwykle jakieś pytania, czasem po prostu znaki zapytania odnoszące do jakiejś treści z CV) już notuję. Czytałem kiedyś w jakimś podręczniku rekrutacyjnym, że rozpoczynając spotkanie w dobrym tonie jest  uprzedzić kandydata o tym, że będzie się robiło notatki. Nie trafia do mnie ta rada, jest w niej jakiś przerost dobrych manier nad zdrowym rozsądkiem.

Za dobrą manierę uważam natomiast szanowanie CV kandydata. Staram się nie zginać go, nie stawiać na nim kawy, nie rysować po nim. Również same notatki staram się robić tak, by ich treść była możliwie na poziomie, na pewno cenzuralna. Choćby dlatego, że istnieje czasem potrzeba pokazania czegoś w CV kandydatowi, np. potrzeba potwierdzenia jakiegoś faktu. Wtedy duży napis "GŁUPEK" tuż obok zdjęcia oglądającego swoje CV kandydata byłby elementem cokolwiek niezręcznym. 

Swe notatki mogę zwykle pokategoryzować jako pozytywne, neutralne i negatywne. Jeśli celem spotkania - z mojej perspektywy - jest podjęcie decyzji na tak bądź na nie, dobrze jest, jeśli podparta będzie ona odpowiednią ilością argumentów opisanych w notatkach z tej pierwszej i trzeciej kategorii. Aczkolwiek, czasem notatki neutralne również dodają coś istotnego nt. wiedzy o kandydacie.

Dokonując wyboru swoich przykładowych notatek (efektem poniższa lista) skupiłem się głównie na notatkach dotyczących szeroko pojętych kompetencji miękkich i ogólnych faktów z kariery zawodowej kandydata. Spora część notatek z każdego spotkania dotyczy konkretnych technologii - rekrutuję przede osoby związane z rozwojem oprogramowania - jednak uznałem, że akurat one nie będą ciekawe dla ogółu czytelników. 

Pierwsza lista (plusy) to notatki pozytywne, druga (minusy) to negatywne. Tych pierwszych jest więcej, co mnie cieszy, gdyż pokazuje, że jestem chyba pozytywnie nastawionym do swoich kandydatów rekruterem :)


+ wnikliwy, analityczny, dociekliwy umwył
+ pro-biznesowe podejście, uwzględnia biznes, nie zamyka się w technikaliach
+ spokojny, niezestresowany, pozytywnie wyluzowany
+ komunikatywny, a nawet elokwentny
+ wiarygodne kontakty referencyjne
+ lubiana w firmie
+ główny programista w jednym projekcie
+ promowany, teraz mały zespół pod sobą
+ uczył się [w pracy, na projektach] od dobrych osób
+ dobre relacje nieformalne w organizacji [kandydat na Project Managera]
+ sympatyczny, kontaktowy
+ wyzwania i sukcesy optymalizacyjne [kandydat na developera baz danych]
+ utrzymuje dalej kontakt z ludźmi z [byłej firmy]
+ dowozi rzeczy, działają, ludzie korzystają z jego rozwiązań
+ bierze się za wiele rzeczy, nie boi się roboty
+ dobre praktyki developerskie (testuje)
+ bardzo pro[fesjonalnie prezentuje się], dobra prezencja
+ brany do odpowiedzialnych projektów u siebie
+ Team Leader wziął go [ze sobą] do kolejnej firmy
+ projekty dla dużych, niekrzakowych klientów, w wymagających technicznie i biznesowo środowiskach
+ dobra, konkretna, logiczna, wyczerpująca komunikacja
+ pozytywnie zajarany technologiami
+ ma cierpliwość dla użytkowników
+ świadomy swoich braków
+ autentyczny pęd do wiedzy, uczy się nowych rzeczy, np. na Courserze
+ [obecny pracodawca] chce go zatrzymać
+ uczy się [jakiejś technologii] po pracy, "chciałbym je umieć, tak po prostu"
+ awansuje, doceniany w firmie, coraz więcej obowiązków
+ fajna w zespole, koleżeńska, wydaje się bezproblemowa


- jakby poirytowany momentami
- pewność siebie przechodząca w nonszalancję czy nawet arogancję
- trochę trajkocze
- trochę koślawa, "piłkarska" [przypominająca wypowiedzi piłkarzy] komunikacja
- niepewny siebie, lekko strachliwy
- nie patrzy w oczy, tylko w stół
- słabe firmy dotychczas, w tym zastanawiające krótkie staże niekiedy
- zaczyna studia [kilka razy] i nie kończy, nie dogaduje się z wykładowcami, krnąbrny
- słabo prowadzony ich projekt, słabe standardy, dokumentacja itp.
- "przekłamanie" [co do daty zatrudnienia]
- ostro wchodzi w technikalia
- rozgaduje się
- [nigdy] nie miał konfliktów [w pracy]?
- cicho mówi, jakby mamrotał
- wali ogólnikami [tzn. nieprecyzyjny w komunikacji]
- zestresowana trochę na początku, ale później się rozkręca
- może mieć lekko rozdęte ego i źle znosić krytykę
- nie przygotował się do spotkania, nie wiedział nic o 7N
- spóźnił się 20min, nie uprzedził, nie przeprosił
- zasiedział się technologicznie
- senny, ślamazarny sposób bycia, cały czas jakby zmęczony rozmową
- same garażowe firmy dotychczas, żadnych dobrych praktych tam

_______

piątek, 27 czerwca 2014

O rekrutacji primadonn IT

Niedobór informatyków, zwłaszcza programistów, to w rekrutacji aksjomat. Jeśli spytać przypadkowego rekrutera IT, co jest największym wyzwaniem w jego pracy, jednym z głównych na pewno będzie brak wystarczającej liczby odpowiednich - a czasem wręcz jakichkolwiek... - kandydatów. To trudność, to ból głowy, to czasem stres. Sytuacja taka spowodowała jednak, że pod paroma względami rekrutuje się w branży IT... łatwiej.

Niespotykany (lub spotykany rzadko) w innych branżach popyt na dobrych specjalistów IT wykreował (zdrową skądinąd) sytuację, w której pracodawcy nie są już w uprzywilejowanej sytuacji w relacji pracodawca-pracownik. Szefowie firm i działów IT nie są już dłużej dyktującymi warunki, w tej branży warunki się negocjuje, a uchybienia w podejściu do pracownika skutkują nie tylko narzekaniem i trzymaniem się posady przez niego ("bo na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych"), lecz szybkim pożegnaniem i zabijającą produktywność firmy rotacją pracowników. W IT to nie pracodawcy rządzą. Jest co najmniej równowaga, a bywa, że wahadło władzy przychyla się w stronę pracowników.

O specjalistów IT jest trudno, zatem zabiega się o nich wytrwale i od najwcześniejszych lat. Już studenci informatyki widząc, jak firmy penetrują uczelnie (czy kierunki) techniczne w poszukiwaniu informatycznego narybku, wiedzą, że są w cenie. Im bardziej wchodzą na rynek pracy, tym bardziej utwierdzają się w (słusznym) przekonaniu, że pracodawcy, nieraz w kadrowej desperacji, zrobią i zapłacą bardzo wiele, by ich u siebie mieć. Zrobią, zapłacą oraz wybaczą. Czasem to, co trudno wybaczalne.

U jakiejś części szczególnie pożądanych na rynku pracowników IT sytuacja ich relatywnie dużego uprzywilejowania wytworzyła w nich pewien syndrom - tzw. syndrom primadonny. To przekonanie o własnej wyjątkowości, a nawet wyższości i wynikające stąd oczekiwanie bycia traktowanym lepiej, na specjalnych warunkach. To czasem także nawyk nierespektowania innych, wyrażający się np. w arogancji, niedotrzymywaniu obietnic czy terminów, nieuzasadnionym zrywaniu poczynionych ustaleń czy niepunktualności. Często już podczas pierwszej telefonicznej rozmowy z kandydatem - ba! czasem nawet sposobie, w jaki odebrał telefon - można zidentyfikować skażenie syndromem primadonny.

Firmy robią sporo, by neutralizować syndrom. Gwiazdy z przerośniętym ego są czasem - ze względu na swoje wysokie kompetencje techniczne - niezbędne na projektach. Patrząc jednak z punktu widzenia rekrutera, który pierwszą rzeczą jaką spotyka u kandydata jest jego gwiazdorstwo, primadonna stanowi zawsze duże ryzyko. Nawet jeśli primadonna jest faktycznym geniuszem technicznym, swą arogancją może szybko zepsuć atmosferę w zespole, co potencjalnie może nawet "położyć" projekt. A co jeśli - bywa i tak - z syndromem primadonny nie idą w parze żadne ponadprzeciętne kompetencje techniczne? 

Rekrutując w firmie konsultingowej, w której kompetencje interpersonalne jej informatyków w porównywalnym stopniu co kompetencje techniczne decydują o ich wartości (i sukcesie firmy), mam komfort pozwolenia sobie na niedużą tolerancję wobec primadonn. Mocno zwracam uwagę na wszelkie przejawy - nawet drobnej - arogancji, bo jeśli pojawiają się one już na początku, to dalej mogą raczej rosnąć. A gdy już podczas rekrutacji osiągają intensywność przewyższającą możliwe do zaakceptowania ryzyko, grzecznie dziękuję kandydatowi za poświęcony czas, życząc powodzenia na dalszych etapach kariery. Wtedy, w tych rzadkich momentach mogę powiedzieć, że rekrutacja w IT jest stosunkowo łatwa.

_______

środa, 4 czerwca 2014

Dawny mistrz CV (i listu motywacyjnego)

Dziś tylko jeden kandydat, ale za to jaki! Otrzymaliśmy kiedyś, dawno temu, aplikację na stanowisko SharePoint Developera. Od razu w treści maila rzucił się w oczy nadzwyczaj długi list motywacyjny, jednak już po pierwszym zdaniu wiedziałem, że... musimy szukać dalej.

List motywacyjny:

"W nawiązaniu do oferty Państwa Firmy pragnę złożyć swoją aplikację na stanowisko konsultanta.
Jestem pewny, że sprostam oczekiwaniom, wywiązując się z nałożonych na mnie obowiązków.
W roku 1981 w styczniu ludzkość zyskała niesamowity skarb, bowiem urodziłem się ja. Dokładnie było to [...] stycznia około godziny 12.23 gdy ma matka, której dano Irena na imię, wydała mnie na świat. Tuż po urodzeniu naukowcy, którzy prowadzili badania gdy jeszcze byłam w stanie embrionalnym, stwierdzili, iż mam niesamowity talent do ekonomicznego rozumowania. Dzięki temu otrzymałem zaproszenie do przedszkola nr 8 dla wybitnie uzdolnionych dzieci, gdzie ujawnić się miały kolejne moje talenty. Tak tez się stało, już wtedy miałam niesamowity dar przekonywania ludzi, wyjątkowe zdolności artystyczne, czy tez moje ulubione, zdolności do terroryzowania innych. Po ukończeniu owych treningów, nazwanych potocznie przedszkolem, wybrałem szkołę, która znajdowała się blisko mnie."

To gdzieś dopiero jedna trzecia tego listu, ale w dalszej części kandydat stracił formę i zaczął przynudzać. List jak list. Można zarzucić mały związek treści ze stanowiskiem, na które aplikant przysłał CV, jednak na pewno nie można podejrzewać kandydata o to, że w napisaniu listu kierował się poradnikami pisania CV i listów motywacyjnych. Zachował dzięki temu oryginalność i dał się zapamiętać.


Równie ciekawe było CV pana Piotra. Oto fragmenty:


PLEC (ang. SEX): Jeszcze nie. Wciaz czekam na odpowiednia osobe.

OCZEKIWANE STANOWISKO: Prezes albo wiceprezes. A na powaznie - jakiekolwiek. Gdybym byl w sytuacji, ze moglbym sobie wybierac, nie zglaszal bym sie do Was z tego ogloszenia.

OCZEKIWANE WYNAGRODZENIE: Rocznie $185000 plus preferencyjne akcje plus dodatkowe swiadczenia. A jesli to nie jest mozliwe, to mozemy negocjowac Wasza propozycje.
WYKSZTALCENIE: Tak.

OSTATNIO ZAJMOWANE STANOWISKO: Cel atakow kierownictwa sredniego szczebla.
POPRZEDNIE WYNAGRODZENIE: Mniej, niz jestem warty.

MOZLIWE GODZINY PRACY: Dowolne.
PREFEROWANE GODZINY PRACY: 13:30-15:30, od poniedzialku do srody.

CZY MOZEMY SIE SKONTAKTOWAC Z AKTUALNYM PRACODAWCA: Gdybym go mial - czy pisalbym podanie do Was?
CZY MOZESZ DZWIGAC WIECEJ NIZ 20KG: 20kg czego?

CZY MASZ SAMOCHOD: Sadze, ze lepszym pytaniem byloby "czy masz jezdzacy samochod".

CZY ZDOBYLES JAKIES SPECJALNE NAGRODY: Tak. W zdrapce.
CZY PALISZ: W pracy - nie. W czasie przerw - tak.


Bardzo rozbawił mnie ten "jeżdżący samochód", stąd - pomimo wahań - zdecydowałem się wynagrodzić wysiłek i kreatywność pana Piotra i zamieścić obszerne fragmenty jego aplikacji tu na blogu. Nie ma nic (ani w CV ani w liście motywacyjnym) o umiejętnościach czy doświadczeniu w programowaniu w SharePoincie, dlatego nie wiem, czy zdecydujemy się kiedykolwiek zaprosić kandydata na rozmowę. Rozterka tym większa, że pan Piotr zapomniał zamieścić zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych w procesie rekrutacji. Jesteśmy w kropce.

_______

czwartek, 22 maja 2014

Europejska geografia równości płci w pracy

Historia prawdziwa, sprzed kilku tygodni. Znajoma uczestniczy w rekrutacji na wysokie, dyrektorskie stanowisko w międzynarodowej, dużej firmie (z południa Europy). Etapów, jak to w stanowiskach dyrektorskich, wiele. Telefony, spotkania, assessmenty, kilkutygodniowe oczekiwania na kolejne etapy. Wreszcie jest - finał! - spotkanie z Country Managerem, z kraju pochodzenia firmy. Spotkanie w innym mieście. Podczas miłej rozmowy (takie finałowe rozmowy zazwyczaj są już miłe), już prawie na sam koniec, pada pytanie: ile ma pani lat i czy ma pani dzieci. Znajoma odpowiada zgodnie z prawdą.

Nie zaoferowano jej stanowiska. Pewnie chcielibyście wiedzieć, ile ma lat i ile ma dzieci? Nie powiem, ale czy to istotne kryterium rekrutacyjne? Oczywiście nie. Czy legalne? Prawdopodobnie sytuacja taka jak z tej rozmowy rekrutacyjnej jest potencjalnie interesującą dla sądu pracy ze względu na wyraźne znamiona dyskryminacji. Proces sądowy to jednak uciążliwe i czasochłonne przedsięwzięcie, a dla wspomnianej osoby - ze względu na dość hermetyczne środowisko jej branży - także pewnie kłopotliwe wizerunkowo.

Czy mogło mieć w całym wydarzeniu znaczenie to, z jakiego regionu pochodziła firma i reprezentujący ją Country Manager? Być może. Spójrzmy na mapę subiektywnego postrzegania dyskryminacji ze względu na płeć w poszczególnych krajach UE, według danych z 2006 roku.



Im ciemniejszy kolor, tym bardziej w danym kraju respondenci uważają, że istnieje tam problem dyskryminacji ze względu na płeć. Procenty przy poszczególnych krajach po lewej pokazują, jaki odsetek populacji uważa, że problem dyskryminacji ze względu na płeć w danym kraju jest powszechny.  Oczywiście, subiektywne postrzeganie nie musi korelować z obiektywną sytuacją (może tak być np. w przypadku Szwecji - zbyt ciemnej w porównaniu do innych krajów skandynawskich), niemniej jest niezłym orientacyjnym wskaźnikiem rozpowszechnienia problemu w danym kraju.

Zbieżne z tak przedstawionym zobrazowaniem sytuacji kobiet na rynku pracy w poszczególnych krajach UE są dane nt. odsetka pracujących kobiet.



Tu znów widać, że pracująca kobieta jest faktem mniej oczywistym, gdyż statycznie mniej częstym, w krajach z południa Europy.

Statystyki z rynku pracy idą w parze z poglądami ludźmi w różnych krajach. Weźmy badanie socjologiczne World Values Survey, które od kilkudziesięciu lat pozwala porównywać wartości i postawy społeczeństw świata w najrozmaitszych kwestiach. Spójrzmy, jak w 2007 roku rozłożyły się odpowiedzi na pewne pytanie o pracę i płeć w kraju z północy Europy (Szwecję) i kraju z południa (Włochy). Pytanie brzmiało: Czy zgadzasz się z następującym twierdzeniem: kiedy pracy nie ma dla wszystkich, mężczyźni powinni mieć do niej większe prawo niż kobiety? W Szwecji zgodziło się 2%, nie zgodziło się 93% (pozostali nie mieli zdania), we Włoszech zgodziło się 21%, nie zgodziło się 58%.

Czy oznacza to, że w krajach północnej Europy (i firmach pochodzących z tych krajów) kobiety zawsze mają równe szanse z mężczyznami w sferze zawodowej? Niekoniecznie. Kraje skandynawskie, co zaskakujące, dosyć słabo wypadają w statystykach kobiet piastujących stanowiska wyższego szczebla zarządzania w biznesie, choć tu spory wpływ mają nie tyle wartości i poglądy ile specyfika ekonomiczna tych państw, z dużą rolą sektora publicznego.

Jeśli jednak w jakimś kraju (Hiszpania) procentowo ponaddwukrotnie więcej (20% vs. 9%) osób niż w innym (Szwecja) wierzy, że mężczyźni są lepszymi szefami niż kobiety, to idąc na rozmowę na kierownicze stanowisko w południowoeuropejskiej firmie kobieta musi mieć się bardziej na baczności.

_______

środa, 21 maja 2014

Małe jest wydajne, czyli o wybranych czynnikach sukcesu zespołów programistycznych

Dla zainteresowanych: mój artykuł o wpływie liczebności zespołów programistycznych i jakości kompetencji ich członków na efektywność projektową. Pod poniższym linkiem, na stronie 18.


sobota, 3 maja 2014

O nawykach w pracy i podczas rekrutacji

Na rozmowach rekrutacyjnych zwykle pyta się kandydatów m.in. o motywację, powody dotychczasowych pracy, słabe i mocne strony, sukcesy, porażki itd. Ciekawe, dlaczego nie pyta się o... silną wolę. Albo powiązaną z nią samokontrolę. Wbrew pozorom, mogą one wiele powiedzieć, jakim przyszłym pracownikiem będzie rekrutowany.

40 lat temu w USA przeprowadzono słynny psychologiczny eksperyment na sześciuset 4-latkach (dokładniej opisany m.in. tutaj). Poczęstowano ich słodyczami (ciastkami i ptasim mleczkiem), przy czym dzieciom zaproponowano wybór: mogły zjeść dane im ciastko od razu lub wytrzymać 15 minut i mieć za to dwa ciastka. Dzieci reagowały różnie, niektóre zabierały się do jedzenia zanim jeszcze eksperymentator wyjaśnił, na czym polegać będzie zabawa. Inne podjęły próbę zdobycia drugiego słodycza, ale poddały się po kilku minutach. Były też jednak takie, które - z mniejszym lub większym trudem - wytrzymały do końca, otrzymując podwójną, choć odroczoną w czasie, nagrodę. Naukowcy przyglądali się późniejszym losom dzieci i zauważyli, że te, które w wieku 4 lat wykazały większą silną wolę i samokontrolę, później otrzymywały lepsze oceny w szkole, rzadziej sięgały po używki i były lepiej (pod względem inteligencji i wiedzy) oceniane przez rodziców. Wyniki innych podobnych badań wykazały z kolei, że dzieci umiejące wytrwać w postanowieniu i odroczyć gratyfikację, już w dorosłym życiu lepiej zarabiały, cieszyły się lepszym zdrowiem i rzadziej popadały w konflikt z prawem.

Istnieje więc duża szansa, że były też lepszymi pracownikami. Dobre wykonywanie jakiejkolwiek pracy to, poza wieloma innymi czynnikami, często również kwestia odpowiednich - uświadamianych lub nie - nawyków i przyzwyczajeń (podobno nawet do 40% decyzji w ciągu dnia podejmujemy nawykowo). Te zaś łatwiej wypracować osobom o wyższych poziomach silnej woli i samodyscypliny. (Silna wola, samodyscyplina i idące za nimi nawyki nie są na szczęście jedynie wrodzonymi predyspozycjami. Do pewnego stopnia można je aktywnie kształtować. Pisze o tym w wydanej niedawno i odnoszącej sukcesy książce "Siła nawyku" Charles Duhigg).

Jak jednak na rozmowie rekrutacyjnej sprawdzić u kandydata rodzaj wypracowanych (czy też nieświadomie ukształtowanych) nawyków, nie mówiąc już o poziomie jego samokontroli czy silnej woli? Postawienie przed nim podczas spotkania rekrutacyjnego na stole tacy ze słodyczami raczej nie pomoże. Sama natura rozmowy rekrutacyjnej (w której kandydat w jakiś sposób "sprzedaje" swoją osobę) nie sprzyja poznaniu jego codziennych, objawiających się w pracy nawyków. Mówi się na spotkaniach rekrutacyjnych głównie o doniosłych momentach w karierze kandydata, umyka zaś szara zawodowa codzienność, w jakiej funkcjonuje, a gdzie nawyki bez jakiejkolwiek świadomości uwidaczniają się. Trudno uchwytne dla rekrutera są te codzienne, nawet proste i nie przynoszące splendoru prace, a przecież często to od jakości ich wykonania zależy końcowy efekt poszczególnych większych zadań i całościowa jakość pracy kandydata, a także jej ocena przez przełożonych. Lepszego wglądu w to, jakie nawyki kandydat wykazuje w codziennej pracy, mogą dać ustne referencje, a więc rozmowy z bezpośrednio i najlepiej przez dłuższy czas współpracującymi z nim osobami.

Rolę podstawowych, wykazywanych w pracy nawyków dawno już zaczęły dostrzegać korporacje, zwłaszcza te zatrudniające rzesze młodych i mających stały kontakt z klientami ludzi. Niektóre z nich, jak np. wnikliwie opisany we wspomnianej "Sile nawyku" Starbucks, proces szkolenia nowych pracowników ubrały wręcz w swoiste całościowe filozofie kształtowania pozytywnych nawyków. Mają one nie tylko podnieść jakość obsługi klienta, ale i pomóc w osobistym rozwoju samym pracownikom. Wśród nich pewnie zwłaszcza tym, którzy w wieku czterech lat, poczęstowane cukierkiem czy ciastkiem, zjadły je od razu zamiast poczekać 15 minut i mieć dwa. 

_______
fot.: radiojyoti.com