poniedziałek, 18 lipca 2016

Czy rekruterzy potajemnie oceniają specjalistów IT

Trafiłem niedawno na artykuł o intrygująco brzmiącym tytule: "Jak rekruterzy potajemnie oceniają specjalistów IT" (How Recruiters Secretly Evaluate Tech Pros). Natychmiast zabrałem się do czytania, trochę w nadziei, że być może poznam jakieś niesamowicie odkrywcze techniki weryfikowania kompetencji moich przyszłych kandydatów, a trochę w strachu, że oto może znów jacyś rekruterzy wymyślili coś głupiego, za co później jako rekruterowi przyjdzie mi się przed kandydatami wstydzić.

Pierwszą z tajnych rekrutacyjnych praktyk jest podobno ta, że podczas zadań i konkursów programistycznych (tzw. hackatonów) zwraca się u potencjalnych kandydatów uwagę nie tylko na to, co wiedzą i umieją, ale również na to, w jaki sposób rozwiązują zadania - jak się zachowują. Wspierać tu mają rekruterów zaawansowane algorytmy, Big Data oraz psychologia behawioralna. Prawdą jest, że algorytmy - i to nawet dość proste - często "podejmują trafniejsze decyzje" niż ludzie. (Więcej na temat intuicji w rekrutacji, także doceniając jej rolę, pisałem kiedyś tu). Nie wierzę jednak, by szybko pojawiło się na rynku narzędzie IT na tyle wszechstronnie "prześwietlające" umiejętności kandydatów, by jego wykorzystywanie stało się choć trochę popularne; by aplikujący gdzieś programista mógł oczekiwać bycia przez niego sprawdzonym z prawdopodobieństwem większym niż znikome. 

Jakie inne tajemne techniki - według cytowanego artykułu - mogą stosować rekruterzy? Otóż wyobraźcie sobie, że podobno jest firma (i to nawet jakaś major company), gdzie witająca kandydata osoba z recepcji jest już swoistym rekruterem, tzn. wykwalifikowanym psychologiem behawioralnym, który ocenia kandydata w pierwszych chwilach po jego wejściu do biura i ocena ta brana jest pod uwagę w finalnej ocenie kandydata. Oceniana jest m.in. mowa ciała oraz - uwaga! - po jakie magazyny, czekając na rozmowę rekrutacyjną, sięga kandydat. Nie chce mi się wierzyć, że jakakolwiek major company stosuje w rekrutacji tego rodzaju techniki. O ile wyobrażam sobie możliwość wyciągnięcia sensownych wniosków na podstawie tego, jak kandydat zwraca się do postronnych osób w biurze (np. osoby z recepcji), to już te magazyny... Chyba major company cierpi na nadmiar kandydatów.

Inna z rzekomo wykorzystywanych, tajnych technik to weryfikacja spójności tego, co mówi na rozmowie rekrutacyjnej kandydat z tym, co mówią o nim jego aktywności w internecie, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Powinien on mieć się na baczności, jeśli np. zaaplikował do dużej, znanej firmy i deklaruje, że marzy o pracy właśnie w tego typu firmie (dużej i znanej), a tymczasem na Twitterze śledzi wyłącznie start-upy. Czy rekruterzy sprawdzają takie rzeczy? Być może są firmy, gdzie robi się coś takiego, ale jeśli nawet, to znów - jestem przekonany, że to wyjątkowe miejsca. Takie, gdzie ma się komfort wyboru spośród wielu aplikantów i trzeba (?) zastosować naprawdę wymyślne dodatkowe kryteria selekcji. Oraz takie, gdzie rekruterzy cieszą się dużą ilością czasu wolnego i zamiast gonić za kandydatami mogą poświęcić go na wymyślanie tych kryteriów.

Nieformalne referencje - czyli referencje od osób niewskazanych wprost przez kandydata w procesie rekrutacji - to chyba jedyna ze wspomnianych w artykule technika w miarę przynajmniej popularna w świecie rekrutacji IT. Samemu zdarza mi się (choć rzadko, o powodach poniżej) ją stosować i jeśli znam kogoś, do kogo mam zaufanie i kto np. pracował z rekrutowanym przeze mnie kandydatem, a przy tym kandydat podczas rekrutacji wzbudza wątpliwości co do trafności swej kandydatury na danym stanowisku, posiłkuję się opinią tej osoby. Muszę mieć jednak przy tym pełne zaufanie zarówno co do trafności w ocenianiu ludzi przez tę osobę, jak i jej dyskrecji. Absolutny priorytet ma w takich sytuacjach zakładana tajemnica uczestnictwa kandydata w danej rekrutacji przed ludźmi w jego obecnej firmie. 

Wreszcie ostatni z niby rewolucyjnych sposobów sprawdzenia tego, co w rekrutacji trudne do sprawdzenia: bombardowanie kandydata niespodziewanymi (a zaplanowanymi przez rekrutera) zdarzeniami (najczęściej o stresującym charakterze), by sprawdzić jego reakcję - na przykład zadzwonienie bez uprzedzenia po godzinach pracy, by z marszu rozpocząć rozmowę rekrutacyjną albo nagłe wtargnięcie kogoś zupełnie niezapowiedzianego podczas spotkania rekrutacyjnego. Czy są jakieś firmy tak rekrutujące? Nie wykluczam, ale nawet jeśli, to nieliczne. Nie sądzę, by w IT - gdzie o kandydata trzeba troszczyć się jak mało gdzie - mogła poradzić sobie z naborem firma, która na dużą skalę i na dłuższą metę będzie chamsko traktować kandydatów. Nawet ci wielcy, znani i podobno pożądani (Google, Facebook, Amazon i reszta) też mają konkurencję.

No więc czy artykuł uzbroił mnie w nowatorskie metody ewaluacji kandydatów IT czy też raczej dał argument tym drugim w byciu jeszcze bardziej podejrzliwymi wobec rekruterów? Raczej nie to pierwsze.


_______
fot.: Brad Martyna (pl.freeimages.com)


sobota, 9 lipca 2016

Rekruter IT w oczach Specjalisty IT - ankieta

Czytelniku Rekrutacyjnego, Specjalisto IT, dość bycia jednostronnie ocenianym przez rekruterów. Teraz również i Ty masz szansę ocenić ich - w pierwszej w historii (przynajmniej tej mi znanej) ankiecie, w której możesz wypowiedzieć się na temat tego, co cenisz (a co niekoniecznie) u dobijających się do Ciebie rekruterów IT. Pomysł ankiety i jej wykonanie są moje. Nie mogę w tym momencie zdradzić, co jest celem tak skonstruowanego - dumnie nazywając - badania socjologicznego, bo mogłoby to wpłynąć na odpowiedzi w ankiecie i wyniki badania. W każdym razie o celu badania i o jego wynikach napiszę tu, na blogu Rekrutacyjnym, w II połowie sierpnia. Zatem do dzieła! Poświęcasz 2 minuty. Zyskujesz? Tygodnie satysfakcji z przyczynienia się do pionierskiego badania w dziedzinie socjologii rekrutacji ;)

A Ty, rekruterze? Udostępnij ankietę znajomym informatykom i dowiedz się w wynikach, jak nas jako zbiorowość postrzegają.

Link do ankiety:


_______

niedziela, 26 czerwca 2016

Jak rekrutowana była piłkarska reprezentacja Polski

Pół roku temu w piłkarsko-rekrutacyjnym wpisie spojrzałem na wywiad z Robertem Lewandowskim jak na rozmowę rekrutacyjną. Dziś - w euforii, w jaką wprowadziła mnie występami na Euro 2016 piłkarska reprezentacja Polski - także postaram się połączyć świat piłki nożnej i świat rekrutacji. Spróbuję wskazać, jakie dobre praktyki rekrutacyjne pomogły polskiemu trenerowi Adamowi Nawałce zbudować naprawdę niezłą drużynę. Wszak budowa zespołu piłkarskiego to też rekrutacja i selekcja (nieprzypadkowo na trenera mówi się również selekcjoner), a zarządzanie takim zespołem to nic innego jak zarządzanie zasobami ludzkimi.

Dobra rekrutacja zaczyna się od dotarcia do możliwie dużej puli potencjalnych kandydatów. W przypadku reprezentacji piłkarskiej danego kraju kandydaci rozproszeni są po całej Europie (a nawet poza Europą), jest ich kilkudziesięciu (a w początkowym etapie selekcji nawet więcej), zatem niezwykłego wysiłku, staranności i organizacji wymaga, by do wszystkich kandydatów dotrzeć, by obejrzeć (na żywo!) ich cotygodniowe mecze ligowe, wreszcie by podczas rozmów z nimi sprawdzić ich gotowość do podjęcia się trudów reprezentowania kraju. I Nawałka - wraz ze swym sztabem - tę część rekrutacyjnej pracy wykonał lepiej niż ktokolwiek przed nim. Chyba żaden polski trener wcześniej nie podróżował tak intensywnie - po to, by swych kandydatów znać jak najlepiej i by w efekcie dokonać właściwych wyborów personalnych.

Dobra rekrutacja to regularny i odpowiednio częsty kontakt z kandydatem. Proces rekrutacyjny może trwać tygodnie, a nawet miesiące. Jeśli w trakcie jego trwania kandydat nie jest informowany o statusie, jeśli czasem w ogóle nie wie, czy jest jeszcze "w grze", spada mu motywacja i w przypadku otrzymania innej dobrej i konkretnej oferty najczęściej zaakceptuje ją, ku rozczarowaniu tych, którzy rekrutowali go pierwsi. Trener Nawałka nie zaniedbywał tego elementu w swych kontaktach z rekrutowanymi przez siebie piłkarzami. Nawet jeśli któryś z nich - np. Sebastian Mila (ten, który jako rezerwowy strzelił drugą bramkę w historycznym zwycięskim meczu z Niemcami) - przez długie miesiące nie był powoływany na mecze reprezentacji (np. z powodu braku formy czy kontuzji), Nawałka miał z nim regularny kontakt, dzwonił, odwiedzał, potwierdzał swoje zainteresowanie kandydatem/piłkarzem. Dzięki temu, gdy piłkarz był już gotów (w formie albo po kontuzji), trener miał go zmotywowanego i zaangażowanego.

Dobra rekrutacja (a zwłaszcza selekcja) to nieopieranie się w decyzjach na przesądach, uprzedzeniach, mądrościach ludowych, domysłach czy wszelkich niezweryfikowanych faktami hipotezach. W dziedzinie tak subiektywnej jak dobór ludzi poddawanie się pułapkom (subiektywnego) myślenia to prosta droga to porażek. Nawałce udało się przed tym uchronić. Nie dyskryminował ani ze względu na wiek (powołując np. wspomnianego 33-letniego Sebastiana Milę, 36-letniego Artura Boruca czy 19-letniego Bartosza Kapustkę), ani ze względu na firmę (klub), w której ktoś pracuje (gra w piłkę) - nie bał się np. stawiać na piłkarzy grających w uznawanej za słabą lidze polskiej. Tym, co się liczyło, były wyłącznie kompetencje, czyli umiejętności piłkarskie i aktualna forma.

Do tych stricte rekrutacyjnych zasad dorzuciłbym jeszcze dwie związane już bardziej z zarządzaniem zespołem, którym w swej misji wydaje się być wierny trener Nawałka:
- Jasne, transparentne reguły funkcjonowania zespołu, dotyczące np. panującej w nim hierarchii (kto jest kapitanem, kto należy do grona liderów, a kto dopiero "puka do pierwszego składu"),
- Stabilność i przewidywalność. Wynikają z punktu poprzedniego. Dzięki jasnym i transparentnym regułom piłkarzy nie spotykają niespodzianki, np. powołanie kogoś niespodziewanego i danie mu od razu miejsca w pierwszym składzie.

Mam nadzieję, że trener Portugalczyków - naszych rywali w ćwierćfinale - zna się na rekrutowaniu i zarządzaniu zespołem gorzej od Nawałki ;)


_______

czwartek, 2 czerwca 2016

Programista na rozmowie kwalifikacyjnej - pierwsze fragmenty

Książka prawie napisana, pora wrócić do bloga. Zanim jednak wznowię regularne wpisy, chciałbym podzielić się z Wami fragmentami tego, co z mojej klawiatury w ostatnich dwóch miesiącach pisania książki się "wylało". Słowo o samej książce, bo w poprzednim wpisie zaanonsowałem temat bardzo wstępnie. Piszę ją wspólnie z dwoma kolegami-programistami z 7N (Darek Kalbarczyk - autor części o frontendzie, Bartek Narożnik - o backendzie). Oni wskażą społeczności programistycznej, jak poradzić sobie z częścią techniczną, ja spróbuję doradzić, jak rozmawiać z "paniami z HR". Sprawdziłem, że we trzech mamy w sumie 40 lat doświadczenia (jako rekrutowani i jako rekrutujący), więc może przynajmniej to (choć wierzę, że nie tylko to) spowoduje, że coś wartościowego w niej wniesiemy.

W komentarzach do poprzedniego wpisu dominowały głosy (programistów), że książka to może przydałaby się, ale rekruterom IT. Kto wie, może i kiedyś coś na ten temat - po polsku - powstanie. Czy natomiast potrzebny jest poradnik dla programisty? Czy programista obejdzie się bez niego? Z pewnością - i otwarcie piszę o tym od razu we wstępie. Przy tak dużym popycie na pracę programistów trzeba chyba mocno się postarać, by mieć kłopoty w znalezieniu pracy. Ale czy oznacza to, że na niektóre stanowiska, w niektórych firmach, nie ma w ogóle konkurencji? I czy dobry technicznie kandydat nie odpada czasem, bo nie spodobał się - osobowościowo - rekruterowi? A czy słabszy technicznie kandydat nie wygrywa czasem w rekrutacji, bo trochę więcej wie na temat tego, jak się "sprzedać"? Dlatego mimo wszystko sądzę, że książka ma sens.

Wyjdzie pewnie późnym latem. A w wyrywkowych fragmentach pisałem na przykład o tym:

- że nie ma sensu pisać o swoim miejscu urodzenia w CV. "Dopóki nie zostanie naukowo dowiedzione, że urodzenie się pod jakąś szerokością czy długością geograficzną jest istotnie statystycznie skorelowane ze zdolnościami programistycznymi, informację o miejscu urodzenia możesz uznać za zbędną."

- że nie zaszkodzi (a może pomoże) mieć w CV zdjęcie. "Nie zdziwiłbym się, gdyby kandydaci mający CV ze zdjęciami wypadali w oczach rekruterów (nawet podświadomie) lepiej niż ci z CV bez zdjęć - np. byli przez nich częściej kontaktowani lub częściej udzielano im informacji zwrotnej po zakończonej rekrutacji - na podobnej zasadzie, na której w eksperymentach psychologicznych badani zachowują się bardziej przyzwoicie lub bardziej altruistycznie, gdy umieści się w ich otoczeniu wizerunek patrzącej na nich twarzy."

- że kłamstwo nie popłaca. "Rozmawiałem kiedyś z kandydatem, który gdy spytany przeze mnie o pewne nieścisłości w datach w jego CV, otwarcie przyznał, że skłamał jeśli chodzi o czas swojego uczestnictwa w projektach, sądząc, że 'tak będzie korzystniej wyglądało'. Powtórzę: rekrutacja to krótki czas obustronnego sprawdzania się. Jeśli po dwudziestu minutach znajomości wychodzi na jaw, że kłamiesz w oficjalnym dokumencie, znajomość nie ma szansy trwać wiele dłużej."

- że można odbywać rozmowy rekrutacyjne w najróżniejszych warunkach. "Jednym z moich ciekawszym kandydatów pod względem warunków, w jakich rozmawiał, był pewien programista Java z Rumunii. Rozmawialiśmy przez Skype, siedział w restauracji, a rozmawiając ze mną popijał sobie czerwone wino. Wypadł - może wbrew temu, co napisałem powyżej - całkiem nieźle, choć tu mogło pomóc jeszcze wino."

- że warto mieć do rekrutacji dystans. "Żaden poradnik nie pomoże Ci w tym, że świat rekrutacji, gdzie tak duży wpływ na tzw. czynnik ludzki, stanie się dla Ciebie w pełni racjonalny, przewidywalny i logiczny. Zawsze będzie w nim (czasem spory) element niekonsekwencji, nielogiczności, czasem nawet absurdu. Co możesz z tym zrobić? Po prostu jak najlepiej wykonaj swoją część, skupiając się na tym, na co masz wpływ, a resztą (jakkolwiek niepedagogicznie by to zabrzmiało) nie zawracaj sobie głowy."

- jak zachowywać się na samym początku rozmowy. "Na tyle na ile pozwoli stres, staraj się być naturalny i sympatyczny, a prowadzenie rozmowy, w tym zagajanie o pogodzie i o tym, jak minęła podróż na spotkanie, zostaw temu, który robił to w podobnych sytuacjach już pewnie setki razy - rekruterowi."

- że słowa to jedno, a czyny drugie. "Możesz pięknie i przekonująco opowiadać na rozmowie, że dotrzymujesz słowa, terminowo wywiązujesz się z zadań, na bieżąco informujesz o statusie i ew. opóźnieniach, ale jeśli zaprzeczysz temu swoim zachowaniem, tym gorzej dla Twojej wiarygodności. W klasycznej definicji dobrego programisty Joel Spolsky wskazał w zasadzie dwie jego cechy: inteligentny (smart) i robi to, co ma zrobić (gets things done). Jeśli nawalisz w czymś po spotkaniu, rekrutujący Cię mogą nabrać podejrzeń, że ta druga część (gets things done) nie jest Twoją mocną stroną i nie muszą nawet dla wysnucia tej hipotezy czytać książki Spolsky’ego."

Jak już wyjdzie, pochwalę się i zaproszę do księgarń (proponując oczywiście super promocyjną cenę dla czytelników bloga ;)


_______

środa, 4 maja 2016

Pisze się książka: Programista na rozmowie rekrutacyjnej

Pewna niespodziewana, ale bardzo miła kwietniowa propozycja sprawiła, że wiosenne popracowe wieczory spędzam na pisaniu książki-poradnika dedykowanego programistom udającym się na rozmowy rekrutacyjne. Będę współautorem książki, jej części "HR-owej" (bo będzie i część techniczna).

Koledzy programiści! Czytelnicy!

Jeśli macie jakieś tematy czy problemy, o których chcielibyście przeczytać w takiej książce, dajcie znać. Nie muszą to być rzeczy związane stricte z samą rozmową, ale też np. z przygotowaniem się do niej, ze współpracą z rekruterami, z wyborem najlepszej oferty spośród dostępnych - wszystko, co jakkolwiek może dręczyć programistę wyczekującego spotkania z zadającym dziwne pytania rekruterem...

_______

niedziela, 17 kwietnia 2016

Kompromitujące treści w social media. O skutkach przewidywalnych, jak i zaskakujących

Z nadejściem ery Facebooka i innych serwisów społecznościowych rekruterzy zyskali kolejne narzędzie do dowiadywania się na temat rekrutowanych przez siebie kandydatów. Już nie tylko rozmowa rekrutacyjna, świadectwa, certyfikaty i testy brane są pod uwagę przy zatrudnieniu. Także to, co kandydat wrzucił do sieci w czasie, kiedy najmniej myślał o pracy, a co przecież może mieć kolosalny wpływ na jego losy zawodowe. Jednak związki pomiędzy tym, co kandydaci umieszczają w internecie a tym, jak to zostanie odebrane przez rekruterów nie zawsze są oczywiste.

Fakt zaglądania przez rekruterów za "kulisy" oficjalnie prezentowanego światu profilu zawodowego kandydata jest bezsprzeczny. Niektóre dane - pochodzące np. z tego badania - mówią nawet o ponad 90% rekruterów sprawdzających profile swoich kandydatów w serwisach społecznościowych. Myślę, że liczby mogą się różnić dla tzw. rekruterów in-house'owych (rekrutujących wewnętrznie, na potrzeby swojej własnej organizacji) oraz dla rekruterów "zewnętrznych", rekrutujących dla swoich klientów. Sądzę, że bardziej skłonni do dogłębnego (tj. obejmującego też social media) wywiadu na temat kandydata są rekruterzy rekrutujący dla własnej organizacji. Motywacja do sprawdzenia, czy mamy do czynienia z kimś mieszczącym się w normie jest pewnie większa, gdy potencjalnie będziemy z tym kimś pracować w jednym biurze (a może i biurko w biurko).

Co to jest mieszczenie się w normie? Czego szukają na profilach swoich kandydatów rekruterzy? Jakich "czerwonych flag" woleliby nie odkryć? Myślę, że ostrożni rodzice robiący wywiad nt. nowego chłopaka/dziewczyny swojej córki/syna szukaliby podobnych: alkohol jako zbyt częsty (i zbyt inwazyjny) towarzysz czasu wolnego, bluzgi i obelgi jako dominujący styl komunikacji, niedostatek ubrania jako preferowany sposób prezentowania się w sytuacjach społecznych itd. 

W przypadku potencjalnych pracodawców rekrutujących potencjalnych pracowników dochodzi jeszcze jedna rzecz: negatywne komentarze kandydata na temat byłych pracodawców lub w ogóle nagatywizm odnośnie pracy. Jak w przypadku tego studenta, który ubiegając się o odbycie obowiązkowych w ramach swoich studiów praktyk, jednocześnie wyraził swój stosunek do owych praktyk na Twitterze słowami "Don't this f***ing school realise I don't want to do work experience." Brytyjski poseł, do którego biura student zaaplikował, dotarł do twita i grzecznie odmówił współpracy ("I'm sorry but I am turning down your request because although your letter and CV were acceptable, your attitude to your school and life in general on Twitter is inappropriate.").

Na koniec psychologiczna ciekawostka. Wspomniałem w pierwszym akapicie tego postu, że dokonywana przez rekrutera ocena tego, co zamieszcza kandydat w social media nie musi być oczywista, łatwa do przewidzenia. Rekruterzy też są ludźmi: nie dość, że podlegają, jak każdy, różnych psychologicznym mechanizmom wpływającym (negatywnie) na obiektywizm oceny, to przecież też funkcjonują w internecie i też niekiedy publikują tam rzeczy, których - po czasie - woleliby nie opublikować. Zrobiono eksperyment - mowa o nim w tej prezentacji TED, dotyczącej prywatności w internecie - w którym badani mieli oceniać kandydatów do pracy, przy czym w aplikacjach tych kandydatów umieszczono odnośniki do niektórych mniej lub bardziej żenujących informacji, jakimi ci podzielili w serwisach społecznościowych. 

Ale uwaga. O niektórych będących w roli rekruterów badanych wiedziano, że oni też mieli na swoim Facebookowym koncie zawstydzające posty czy zdjęcia - o podobnej naturze do postów czy zdjęć ocenianych kandydatów. Było więc tak, że wszyscy aplikujący kandydaci byli - pod względem obecności zawstydzających treści na FB - niepoprawni, natomiast wśród rekruterów część była poprawna, część nie. Paradoksalnie i zaskakująco, surowiej oceniali kandydatów ci rekruterzy, którzy - podobnie jak kandydaci - mieli na swoim koncie jakieś kompromitujące i podobnej natury treści. 


Innymi słowy - i posługując się slajdem z prezentacji ze wspomnianego wykładu - rekruterzy, którzy sami skompromitowali się przysłowiową fotką z piwem, byli surowszymi sędziami dla kandydatów, którzy opublikowali coś podobnego. Nie mam pomysłu na teorię, dlaczego tak mogło być. Autor wykładu podpowiada tu koncepcję dysonansu moralnego.

Co więc należy - w obliczu tak nieprzewidywalnej ludzkiej psychologii - robić? Nie zaszkodzi mimo wszystko przyjrzeć się ustawieniom prywatności swoich profili w "społecznościach". Lub podczas rekrutacji liczyć na trafienie na rekrutera, który pije tylko wodę i jest przez to "less judgmental".


_______
fot1.: awkwardfamilyphotos.com
fot2.: A. Aquisti, Why Privacy Matters


wtorek, 29 marca 2016

Jak rekrutuje ISIS

W doniesieniach medialnych o najgłośniejszej dziś organizacji terrorystycznej (ISIS) wspomina się często o jej skuteczności rekrutacyjnej. Zwraca się uwagę na sprawność, z jaką Państwo Islamskie jest w stanie dotrzeć do kandydatów, zwerbować ich, a potem poddać weryfikacji, indoktrynacji, by na koniec cieszyć się zmotywowaną i efektywną "siłą roboczą". Czemu by - jako rekruter - nie przyjrzeć się, jak wygląda rekrutacja w ISIS?

(Robiąc research do tego artykułu i wpisując na początku w Google zapytania takie jak "how does ISIS recruit" czy "ISIS recruitment process", miałem świadomość, że mogę być wzięty przez "odpowiednie służby" za potencjalnego ochotnika. Prośba do czytelników o docenienie poświęcenia. Wszystko w imię ciekawej lektury "Rekrutacyjnego").

Pierwszą ciekawą rzeczą, jaką dowiedziałem się z dostępnych w internecie materiałów jest to, że w ISIS funkcjonują - podobnie zresztą jak w niektórych korporacjach - dwie funkcje rekruterskie. Pierwsza to "sourcer", czyli osoba, która ma dotrzeć do potencjalnych kandydatów, zidentyfikować ich i zachęcić do zaaplikowania, a druga to właściwy rekruter, czyli ktoś, kto decyduje o selekcji osób, kto przepytuje kandydatów, robi na ich temat wywiad (background check) i - w przypadku pomyślnego zakończenia procesu rekrutacji - koordynuje proces on-boardingu.

Sourcerzy ISIS bardzo sprawnie poruszają się w social media, zwłaszcza na Twitterze. Kompetencje ISIS w tym obszarze to często powtarzany motyw w relacjach dziennikarzy zajmujących się tematem. Przyznam, że nie wgłębiłem się w twitterowe kampanie rekrutacyjne ISIS na tyle, by ocenić ich wartość. Na pewno ciekawym pomysłem jest stworzenie przez ISIS własnej aplikacji twitterowej, pozwalającej grupie twittować z kont jej posiadaczy.

ISIS chwalone bywa za produkcje filmowe. Są często brutalne, ale od strony rzemiosła filmowego profesjonalnie, atrakcyjnie przygotowane. W rekrutacji grupa też sięgnęła po video.  


Być może powyższy filmik nie jest reprezentacyjny dla ogółu kinematografii ISIS, gdyż - przynajmniej według mnie - nie prezentuje się specjalnie atrakcyjnie. Myślę, że wiele naszych przyjęć komunijnych w Polsce w latach 80-90 było filmowanych z większą dynamiką.

Social media i internet to niejedyne miejca, w których aktywne rekrutacyjnie jest Państwo Islamskie. Wzorem wielu innych organizacji chcących być "blisko kandydata", ISIS aktywne jest też na uczelniach, a także w społecznościach lokalnych czy grupach religijnych. Rekruterzy-sourcerzy ISIS są tam swego rodzaju ambasadorami, promującymi - przy zachowaniu dyskrecji - swą "firmę"; dbającymi o jej, powiedzielibyśmy, employer branding.

Gdy już wykonał swą pracę sourcer i mamy zainteresowanego wstąpieniem w szeregi ISIS kandydata, do dzieła bierze się właściwy rekruter. Kilka wartych podkreślenia (a czasem może i stosowania) praktyk rekruterskich Państwa Islamskiego:

1) Staranna selekcja. Być może w przypadku działających na własną rękę bojowników (tzw. samotnych wilków), jedynie ideologicznie powiązanych z ISIS, może ono sobie pozwolić na kompromisy w selekcji. Potencjalni realni członkowie ISIS poddani są wnikliwej weryfikacji. Zajmuje się tym kilka osób, a przypomina to trochę rekrutację do agencji wywiadowczych, gdzie badana jest także np. rodzina kandydata. Proces może trwać od 3 do 6 miesięcy.

2) Dobra opieka nad kandydatem. Prowadzący go rekruter nazywany bywa jihadi mentorem i jest to nazwa nieprzypadkowa. Dba on, by kandydat był rzetelnie poinformowany o statusie rekrutacji; by bezpiecznie i w miarę sprawnie dotarł do "miejsca pracy" (organizacja podróży); wreszcie by dobrze poczuł się w nowym miejscu (on-boarding obejmować może np. wybranie sobie żony albo żon).

3) Dbanie o kompetencje miękkie. Podczas rozmów rekrutacyjnych (niektóre prowadzone są przez Skype, choć ISIS często stosuje bardziej zaawansowane, mniej "namierzalne" narzędzia) nie zaniedbuje się sfery wartości kandydata i jego motywacji. Bada się też wprawdzie wiedzę kandydata z Islamu, ale ważniejszy dla rekruterów ISIS jest stopień, w jakim kandydat jest oddany sprawie.

4) Employer Value Proposition (EVP). Ten termin z dziedziny employer brandingu oznacza z grubsza zestaw unikalnych cech, korzyści czy wartości, które pracodawca podkreśla aktualnym i potencjalnym pracownikom jako te, które sprawiają, że warto tam pracować. ISIS podczas procesu rekrutacji nie zapomina o tym i komunikuje rekrutowanym, że oferuje - w swoim mniemaniu - nadanie sensu życiu, wypełnienie woli Allaha, braterstwo, poczucie spełnienia itd.

5) Dbanie o polecenia i kolejnych aplikantów. Nowopozyskany obywatel Państwa Islamskiego zachęcany jest, by polecił swoich kolegów, którzy potencjalnie mogliby być zainteresowani "nowymi możliwościami".


W książce, o której pisałem ostatnio, jest fragment, w którym autor przygląda się Wehrmachtowi, podając go za przykład organizacji godnej naśladowania ze względu elastyczność czy wręcz "zwinność" (agile!) w podejmowaniu decyzji w strukturach dowodzenia. Pada tam mądre zdanie, że niezależnie od złej (etycznie) sprawy, której służył Wehrmacht, jego (organizacyjna) sprawność i skuteczność warta jest docenienia i naśladowania. 

Przyznam, że nieswojo było mi doszukiwać się rekrutacyjnych pozytywów w zbrodniczej organizacji, jaką jest ISIS. Liczę jednak, że samo ujęcie tematu - z pominięciem, choć przy świadomości aspektu etycznego - było dla Was ciekawe. Z godnych polecenia HR-owych praktyk ISIS z pewnością nie przeprowadza exit interviews, bo też - nalezy pamiętać - jest organizacją nie zakładającą exit.


_______
fot.:  Al Hayat Media Centre/AFP/Getty Images